Ogłoszenie Deklaracji niepodległości miało podłoże przede wszystkim gospodarcze i polityczne. Nakładane przez Londyn nowe podatki, wzrost uprawnień urzędników mianowanych przez monarchę oraz brak przedstawicielstwa kolonii w brytyjskim parlamencie sprawiały, że antybrytyjskie nastroje zaczęły przybierać na sile. Mimo to wielu mieszkańców kolonii nadal czuło się mocno związanych z brytyjską monarchią – przez język i kulturę.
Współcześni szacowali, że społeczeństwo dzieliło się w 1/3 na zwolenników proklamowania niepodległości, w 1/3 na jej przeciwników oraz w 1/3 na niezdecydowanych. Dlatego podjęta przez tych pierwszych decyzja o wypowiedzeniu posłuszeństwa Londynowi wiązała się z koniecznością przeciągnięcia na swoją stronę przynajmniej części dwóch pozostałych grup i znalezienia wsparcia dla swoich starań za granicą. To ostatnie zadanie nie było specjalnie trudne, bo rywalizująca z Wielką Brytanią Francja chętnie stanęła po stronie zbuntowanych kolonistów.
Konflikt narastał już na długo przed przyjęciem Deklaracji. W maju 1773 r. parlament brytyjski, chcąc ratować finanse Kompanii Wschodnioindyjskiej, przyznał jej monopol w sprowadzaniu herbaty do Ameryki, co wymuszało na odbiorcach uiszczanie wysokiego cła. W odpowiedzi grupa przebranych za Indian kolonistów 16 grudnia 1773 r. wdarła się na statki stojące w bostońskim porcie i wyrzuciła ładunek do wody. W reakcji na to „bostońskie picie herbaty (Boston Tea Party) parlament brytyjski uchwalił w 1774 r. ustawy wymierzone przede wszystkim w Massachusetts i Boston, nazywane przez kolonistów „przymusowymi” i „nieznośnymi”. Ograniczały władzę lokalnych samorządów, a port w Bostonie został zamknięty dla handlu. Dochodziło do protestów, lecz rosnąca liczba brytyjskich żołnierzy brutalnie je tłumiła. W odpowiedzi na kryzys dwukrotnie zebrał się Kongres Kontynentalny, w którym ostatecznie uczestniczyli reprezentanci wszystkich kolonii. Ruch polityczny wymierzony w politykę Londynu nabierał na sile.
Rewolucja wybuchła 19 kwietnia 1775 r., gdy brytyjskie oddziały ruszyły z Bostonu, by przejąć zapasy broni i amunicji milicji kolonialnej w Concord. Doszło wówczas do starć, a na czele Armii Kontynentalnej stanął George Washington, plantator z Mount Vernon, który wiele lat wcześniej dosłużył się stopnia pułkownika w milicji. Początkowo wydawało się, że pospolite ruszenie amerykańskich kolonistów nie ma większych szans w starciu z regularną armią. Do zduszenia oporu rebeliantów Londyn wykorzystywał m.in. flotę, która próbowała zablokować główne porty. Takie działania nie przyniosły jednak rozstrzygnięcia. Washington unikał walnej bitwy i dążył do prowadzenia wojny na wycieńczenie do czasu, aż do konfliktu przyłączy się rywal Wielkiej Brytanii – Francja. Tak też się stało, co przechyliło szalę zwycięstwa na stronę Stanów Zjednoczonych. Ostatecznie 3 września 1783 r. podpisano traktat paryski, w którym Wielka Brytania uznała istnienie suwerennych i niepodległych Stanów Zjednoczonych.
W początkowej fazie konfliktu ogromne znaczenie miało uchwalenie przez Kongres Deklaracji niepodległości. Miała ona uzasadnić rebelię przeciw prawowitej władzy. Był to gest skierowany zarówno wobec Brytyjczyków, jak i tej części amerykańskiego społeczeństwa, która pozostała lojalna wobec monarchii lub wciąż nie mogła zdecydować, po której stronie konfliktu stanąć. Nie bez znaczenia był również odbiór dokumentu za granicą. „Był to akt państwowy, obliczony na posiadanie mocy w ramach prawa międzynarodowego. Deklaracja wyjaśniała, o co walczą koloniści. Była próbą ustalenia, że przyczynę rewolucji stanowiło podporządkowanie przez króla swych poddanych arbitralnej władzy, sprowadzającej ich do stanu niewolnictwa” – pisała Jill Lepore w książce „My, naród. Nowa historia Stanów Zjednoczonych” (przeł. Jan Szkudliński).
Już 7 czerwca 1776 r. delegat Wirginii Richard Henry Lee przedłożył projekt uchwały głoszącej, że „Zjednoczone Kolonie są, i zgodnie z prawem powinny być, wolnymi i niepodległymi stanami”. Głosowanie nad rezolucją odłożono, a Kongres powołał Komitet Pięciu, którego zadaniem było sporządzenie projektu deklaracji. Jego członkami zostali: Benjamin Franklin z Pensylwanii, John Adams z Massachusetts, Roger Sherman z Connecticut, Robert R. Livingston z Nowego Jorku i Thomas Jefferson z Wirginii. To temu ostatniemu przypadło zadanie ułożenia tekstu.
„Nie można było lepiej trafić. Z wyglądu Jefferson sprawiał wrażenie zaniedbanego farmera. Był wysoki, rudy, niedbały w stroju i zamiłowany w przebywaniu na świeżym powietrzu (uważano go za najlepszego jeźdźca w Wirginii po George’u Washingtonie). Pod tą pospolitą aparycją krył się najbardziej dociekliwy umysł, jaki kiedykolwiek objawił się w Ameryce, umysł o olśniewająco zróżnicowanych talentach (wśród których był dar pisania przejrzyście jasną i atrakcyjną prozą), rozpalony republikańskim entuzjazmem. Był zarówno dzieckiem europejskiego Oświecenia, jak i arystokratycznej Wirginii. W dobrej kancelarii prawniczej nauczył się, jak poprowadzić sprawę, a co najlepsze, od przynajmniej dwóch lat rozważał i badał wszystkie te argumenty. Pod koniec czerwca miał już dla swoich kolegów gotowy szkic deklaracji” – pisał Hugh Brogan w „Historii Stanów Zjednoczonych Ameryki” (przeł. Elżbieta Macauley).
Kongres 2 lipca zaaprobował czerwcową rezolucję, ułożoną i zaprezentowaną przez przedstawiciela Wirginii. Dla wielu historyków i polityków, w tym dla Adamsa, to właśnie ta rezolucja była właściwym aktem zerwania z Wielką Brytanią. Świętem narodowym Ameryki stał się jednak 4 lipca, gdy Kongres przyjął tekst Deklaracji przygotowany na podstawie projektu Jeffersona.
„Nie ma w niej ani jednej myśli ponad to, co było maglowane w Kongresie przez dwa poprzednie lata” – pisał później rozgoryczony Adams, nie mogąc przeboleć sławy zyskanej przez Jeffersona. Ten ostatni stwierdził, że w ułożonym przez niego tekście nie miało być nic nowatorskiego. O samej Deklaracji powiedział: „Nie miała zawierać oryginalnych zasad czy przekonań ani też być kopią jakiegoś wcześniejszego czy konkretnego dzieła. Miała natomiast być wyrazem amerykańskich przekonań”. Po latach Jill Lepore nazwała ten dokument błyskotliwym osiągnięciem retorycznym i aktem niezwykłej odwagi politycznej.
Deklaracja - oprócz wyliczenia niegodziwości króla Jerzego III - zawierała także m.in. sformułowania dotyczące prawa człowieka do wolności i dążenia do szczęścia: „Uważamy następujące prawdy za oczywiste: że wszyscy ludzie stworzeni są równymi, że Stwórca obdarzył ich pewnymi nienaruszalnymi prawami, że w skład tych praw wchodzi życie, wolność i swoboda ubiegania się o szczęście, że celem zabezpieczenia tych praw wyłonione zostały wśród ludzi rządy, których sprawiedliwa władza wywodzi się ze zgody rządzonych, że jeżeli kiedykolwiek jakakolwiek forma rządu uniemożliwiałaby osiągnięcie tych celów, to naród ma prawo taki rząd zmienić lub obalić i powołać nowy, którego podwalinami będą takie zasady i taka organizacja władzy, jakie wydadzą się narodowi najbardziej sprzyjające szczęściu i bezpieczeństwu” - podkreślali przedstawiciele kolonii.
Kongres dokonał kilku zmian w tekście przesłanym przez Jeffersona. Najważniejszą było usunięcie krytyki handlu niewolnikami. Jefferson w autobiografii napisał, że stało się to ze względu na Karolinę Południową i Georgię, które chciały kontynuować ten proceder.
Amerykański historyk Carl N. Degler oceniał, że rewolucja amerykańska – w przeciwieństwie do innych rewolucji – nie dopuściła do władzy nowych grup społecznych, gdyż osoby stojące na czele antybrytyjskiej rewolty należały już do kolonialnej elity: John Hancock, przewodniczący Kongresu Kontynentalnego, był dobrze prosperującym bostońskim kupcem, Benjamin Franklin - zamożnym drukarzem, a George Washington - jednym z najzamożniejszych właścicieli ziemskich. „Z drugiej strony - pisał inny amerykański historyk, Howard Zinn - miejscy robotnicy wykwalifikowani, marynarze, jak również drobni farmerzy, zostali włączeni do »ludu« na mocy rewolucyjnej retoryki, dzięki braterstwu broni w czasie służby wojskowej, a także za sprawą rozdawnictwa części gruntów. W ten sposób powstała solidna baza dla narodowego konsensusu - coś, co pomimo wykluczenia, pominięcia i ucisku pewnych grup można było nazwać »Ameryką«” („Ludowa historia Stanów Zjednoczonych”, przeł. Andrzej Wojtasik).
Rozdawnictwo ziemi i majątków było możliwe m.in. dzięki wywłaszczeniu lojalistów. Historycy szacują, że co piąty spośród około pół miliona zwolenników monarchii opuścił dawne kolonie i wyemigrował do Kanady, Nowej Szkocji, Wielkiej Brytanii lub Indii Zachodnich. Pozostali musieli mierzyć się z szykanami i groźbą utraty majątków. W miarę wzrostu liczby zwolenników niepodległości wielu lojalistów ukrywało swoje poglądy, aby zachować własność.
O skutki rewolucji spierają się historycy. „Wydaje się, że bunt przeciwko panowaniu brytyjskiemu pozwolił pewnej grupie kolonialnej elity zająć dotychczasowe miejsce lojalnych wobec Anglii. Przyniósł też pewne korzyści drobnym posiadaczom ziemskim, natomiast sytuacja białej pracującej biedoty i farmerów-dzierżawców pozostała w dużej mierze bez zmian. Co zaś oznaczała rewolucja dla rdzennych mieszkańców Ameryki? Górnolotne sformułowania Deklaracji po prostu ich ignorowały. (…) Teraz, po usunięciu Brytyjczyków, Amerykanie mogli rozpocząć proces bezwzględnego spychania Indian z ich ziem, zabijając tych, którzy stawiali opór” - pisał Zinn.
Inaczej akcenty rozkładał Robert Middlekauff, który w „Historii Stanów Zjednoczonych Ameryki” (przeł. Małgorzata Bąk) dostrzegał znaczenie ogłoszenia Deklaracji i ogłoszenia niepodległości: „Niemniej jednak fakt wywalczenia w 1783 r. upragnionej wolności stał się dla znakomitej większości Amerykanów źródłem nowej nadziei i ogromnej dumy z osiągniętych sukcesów. A były one niebagatelne: Amerykanie zdołali powstrzymać kolonizatorskie zapędy wielkiego mocarstwa i zmusić Wielką Brytanię, co prawda przy pomocy Francuzów, do zakończenia krwawej i bezwzględnej wojny. Młody naród mógł być jednak dumny nie tylko ze swych zwycięstw militarnych, pokazał bowiem światu, jak skutecznie wdrażać i kultywować republikańską formę rządów. Sukcesom wojskowym towarzyszył więc triumf polityczny, a w miarę krystalizowania się nowych zasad i koncepcji politycznych, także i ideologiczny. W 1783 r. wszystkie te osiągnięcia zdawały się być oczywiste tak dla samych Amerykanów, jak i dla reszty świata. Jednak już wówczas wiedziano, że rewolucja bynajmniej się nie zakończyła i że pozostało jeszcze wiele do zrobienia”. (PAP)
Autor: Igor Rakowski-Kłos
irk/ jkrz/ dki/
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu myszkow365.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz
Rekordowy budżet na 2026 rok. Miasto i Gmina Żarki
8 mln długu jest się czy chwalić.
Bbb
22:46, 2025-12-24
Ostrzeżenie pierwszego stopnia dla miejscowości Myszków
alert typu: ALERT PIERWSZEGO STOPNIA!!! w nocy bedzie ciemno
mefiu
22:25, 2025-05-02
Barbara Nowacka: pielęgnowanie pamięci o Holokauście je
katastrofa
katastrofa
00:10, 2025-01-28
Paweł Bacior – Młodzieżowy Radny, który działa lokalnie
Fantastycznie działasz, mocno wierzę, że zajdziesz daleko, bo takich ludzi jak Ty bardzo potrzeba w regionie. Powodzenia młody człowieku :)
Jagoda
15:34, 2024-11-25