Fakty - najświeższe wiadomości z kraju

Zamknij

Dodaj komentarz

Prof. Chwalba: przewrót majowy nie był planem, ale impulsem, który wymknął się spod kontroli (wywiad)

PAP 05:20, 12.05.2026 Aktualizacja: 12:27, 12.05.2026
Skomentuj Prof. Chwalba: przewrót majowy nie był planem, ale impulsem, który wymknął się spo

PAP: Panie profesorze, czym właściwie był maj 1926 roku – zamachem stanu czy próbą rewolucji?

 

Prof. Andrzej Chwalba, historyk: Już współcześni nie potrafili się co do tego porozumieć i nie był to jedynie spór terminologiczny, lecz spór o sens wydarzeń. W obiegu funkcjonowały określenia bardzo różne – od „rokoszu” i „konfederacji”, które odwoływały się do tradycji politycznej dawnej Rzeczypospolitej, po „zamach”, „przewrót”, a nawet „juntę wojskową”. Sam Piłsudski mówił o „rewolucji bez rewolucyjnych konsekwencji”, co dobrze oddaje niejednoznaczność tych wydarzeń.

 

Jeżeli jednak spróbujemy oddzielić język od faktów, to widać wyraźnie, że nie była to rewolucja w sensie ścisłym. Rewolucja zakłada istnienie aktywnego podmiotu społecznego – zorganizowanego, uzbrojonego i zdolnego do przejęcia władzy. Tymczasem ludność cywilna w Warszawie była raczej uczestnikiem biernym: obecnym, emocjonalnie zaangażowanym, często sprzyjającym Piłsudskiemu, ale nieprowadzącym walki. Były to starcia wojska z wojskiem, ograniczone do centralnych dzielnic miasta – rejonu mostów, Belwederu i Śródmieścia – bez objęcia choćby prawobrzeżnej części Warszawy.

 

Z drugiej strony trudno mówić o klasycznym zamachu stanu, ponieważ zabrakło elementu przygotowania: planu operacyjnego, rozpoznania, sprawnego łańcucha dowodzenia. Dlatego najbliżej prawdy jest stwierdzenie, że był to bunt części wojska, który ostatecznie - i wbrew intencjom Piłsudskiego - przybrał charakter zamachu stanu, i który doprowadził Piłsudskiego do pełni władzy.

 

PAP: Czyli bunt, który stał się zamachem stanu?

 

A.Ch.: Tak, ale bunt szczególnego rodzaju, ponieważ jego inicjatorem był człowiek dysponujący ogromnym autorytetem. Piłsudski nie był jednym z wielu wojskowych – był twórcą niepodległości, zwycięzcą wojny 1920 roku, postacią, która dla wielu Polaków uosabiała państwo.

 

Ten kapitał symboliczny miał konkretną siłę polityczną. W praktyce oznaczało to, że jego nazwisko działało jak argument sam w sobie – mobilizowało, przyciągało lojalność i skłaniało do opowiedzenia się po jego stronie, nawet w sytuacji niejednoznacznej z punktu widzenia prawa.

 

PAP: Co doprowadziło Marszałka do tego momentu?

 

A.Ch.: To był proces, który narastał od 1923 roku. Piłsudski obserwował funkcjonowanie państwa i dochodził do wniosku, że system parlamentarny nie zapewnia ani stabilności rządów, ani sprawności działania, ani - co dla niego najważniejsze - nie gwarantuje zachowania niepodległości. Kolejne gabinety upadały, konflikty partyjne się zaostrzały, a język polityki stawał się coraz bardziej brutalny.

 

Ale obok tej diagnozy ustrojowej była także warstwa bardziej osobista. Piłsudski miał silne poczucie własnej roli i znaczenia. Uważał, że jako współtwórca państwa ma prawo do szczególnej pozycji, zwłaszcza w sprawach wojska, które traktował jako fundament niepodległości.

 

W praktyce oznaczało to dążenie do stworzenia dodatkowego ośrodka władzy – poza konstytucyjnym trójpodziałem – który dawałby mu realny wpływ na armię i politykę bezpieczeństwa. Konstytucja marcowa tego nie przewidywała, a rozwiązania proponowane przez rządy mu nieprzyjazne go nie satysfakcjonowały.

 

PAP: Co było momentem przełomowym?

 

A.Ch.: Powstanie trzeciego rządu Wincentego Witosa było momentem zapalnym, ale tylko w szerszym kontekście.

 

Rząd Wincentego Witosa powstawał po długich negocjacjach, w atmosferze narastającego napięcia politycznego i społecznego. Polska zmagała się wówczas ze skutkami wojny celnej z Niemcami, z trudnościami gospodarczymi, ze strajkami i demonstracjami, a także z ostrymi sporami partyjnymi. Język debaty publicznej był niezwykle brutalny – przeciwników nie tylko krytykowano, lecz często przedstawiano nawet jako zagrożenie dla państwa.

 

W tym kontekście szczególnego znaczenia nabiera wywiad udzielony przez Wincentego Witosa, który miał charakter publicznego wyzwania Marszałka. Stwierdził coś w stylu: „Skoro krytykuje pan państwo, proszę wziąć za nie odpowiedzialność i wyjść z ukrycia”. W realiach tamtego czasu, gdzie polityka była silnie spersonalizowana i operowała kategoriami honoru, takie słowa miały wielki ciężar.

 

Do tego doszła konfiskata nakładu gazety zawierającej odpowiedź Piłsudskiego – decyzja administracyjna, która została odebrana jako naruszenie zasad państwa demokratycznego. Co istotne, wzbudziła sprzeciw nie tylko wśród jego orędowników, lecz także części zwolenników rządu Wincentego Witosa, ponieważ uderzała w zasadę wolności słowa i druku.

 

Równocześnie rozpoczęły się działania kadrowe w wojsku – odsuwanie oficerów kojarzonych z Piłsudskim. Był to proces realny, który mógł oznaczać stopniową utratę wpływu na armię przez środowisko piłsudczyków.

 

Jeżeli zestawimy te elementy – publiczne wyzwanie ze strony Wincentego Witosa, ograniczenie możliwości odpowiedzi w przestrzeni publicznej oraz równoczesną utratę zaplecza w wojsku – widzimy sytuację, którą Piłsudski mógł odczytać jako zamknięcie drogi do działania w ramach istniejącego systemu politycznego i odłożenie na lata ustawy o naczelnych władzach w wojsku, o którą zabiegał od lat. Uznał, że musi zareagować.

 

PAP: Jak szybko zapadła decyzja?

 

A.Ch.: Raczej szybko. Wszystko wskazuje na to, że została podjęta już w nocy z 11 na 12 maja. Nie była to operacja przygotowywana tygodniami czy miesiącami. Przez lata w polskiej literaturze historycznej obowiązywała nieprawdziwa opinia, że Piłsudski o zamachu myślał i do niego się przygotowywał już w grudniu 1922, inni powiadali, że w listopadzie 1923 lub ostatecznie 15 listopada 1925, a jeszcze inni badacze twierdzili nawet, że jakoby wiosną 1926 roku zgromadził duże siły wojskowe w Rembertowie.

 

W istocie nie miał żadnego planu. To był impuls, decyzja człowieka, który uznał, że dalsze pozostawanie poza grą oznacza utratę wpływu na los państwa - jego i środowiska piłsudczyków - na wiele lat. Nie chciał i nie mógł czekać.

 

PAP: Jak wyglądał jego plan?

 

A.Ch.: Plan był skromnie naszkicowany. To była improwizacja. Była tylko koncepcja demonstracji siły, jak sam powiadał, „w asystencji zbrojnej”.

 

Piłsudski zamierzał się udać 12 maja do prezydenta Stanisława Wojciechowskiego w towarzystwie adiutanta, co uczynił, aby zmusić go do zdymisjonowania rządu Witosa i desygnowania Kazimierza Bartla na stanowisko premiera. Aby jego argumenty były mocniejsze, miał podążać za nim do Warszawy pułk ułanów, z ostrą co prawda amunicją, ale też z orkiestrą wojskową, i ewentualnie kolejne oddziały. Zatem nie chodziło o rozpoczęcie walki, lecz o wywarcie presji. Obecność wojska miała być argumentem politycznym – sygnałem, że za żądaniem zmiany rządu stoi realna siła. Było to działanie o charakterze psychologicznym. Problem polegał na tym, że skuteczność takiej demonstracji zależała od reakcji drugiej strony.

 

PAP: Tymczasem przeciwnik zachował się inaczej, niż przewidywał Józef Piłsudski.

 

A.Ch.: I w tym momencie ujawniła się zasadnicza słabość tej koncepcji - nie było w niej planu B.

 

Piłsudski przyjechał do Belwederu bez uprzedzenia, będąc widocznie przekonanym, że zastanie prezydenta, ale Wojciechowski godzinę wcześniej wyjechał do Spały na odpoczynek. Przypadek sprawił, że wypadki potoczyły się inaczej. Po kilku godzinach demonstracja przeszła w działanie, a działanie – w konflikt zbrojny.

 

Oddziały, które uznały, że dla nich wierność wobec Marszałka jest ponad wiernością Rzeczypospolitej, zaczęły zajmować strategiczne punkty Pragi. Szybko się jednak okazało, że brakuje podstawowych narzędzi prowadzenia operacji – map, planów, rozpoznania, jasnego dowodzenia. To był moment, w którym sytuacja wymknęła się Piłsudskiemu spod kontroli. O godz. 17 podczas rozmowy z Wojciechowskim na Moście Poniatowskiego usłyszał zdecydowane „nie”. Nie będzie negocjacji, a buntownicy muszą wrócić do koszar. Lecz Piłsudski nie po to rozpoczął, aby teraz rezygnować. Postanowił zaryzykować i podjąć zbrojną konfrontację z wojskami wiernymi rządowi.

 

PAP: Szczególnie dramatyczna była sytuacja w armii.

 

A.Ch.: To był moment graniczny dla państwa. Armia została postawiona w sytuacji, która nie powinna mieć miejsca. Oficerowie musieli wybierać między lojalnością wobec państwa a lojalnością wobec wielbionego przez nich człowieka. Postawienie na Marszałka to odwrócenie porządku państwowego – to sytuacja, w której osoba prywatna zaczyna zastępować instytucję państwa. Ale niektórzy nie potrafili pogodzić tych lojalności. I tak generał Kazimierz Sosnkowski podjął próbę samobójczą, a pułkownik Stanisław Więckowski odebrał sobie życie.

 

PAP: Jak zachowało się społeczeństwo, które zwolennicy rządu nazywali „ludkiem warszawskim”?

 

A.Ch.: W Warszawie widoczny był wyraźny klimat zmęczenia polityką i rozczarowania funkcjonowaniem dotychczasowych rządów. Wiele środowisk, polskich i żydowskich, oczekiwało pojawienia się kogoś, kto przywróci porządek i zakończy chaos partyjny.

 

I to jest kluczowe: przewrót nie zaczął się w koszarach, on się zaczął w nastrojach społecznych, w umysłach ludzi.

 

PAP: Dlaczego w maju 1926 roku Piłsudski uzyskał poparcie części lewicy, a nawet – przynajmniej chwilowe – wsparcie środowisk komunistycznych?

 

A.Ch.: Trzeba tu bardzo wyraźnie oddzielić dwie rzeczy: poparcie socjalistów i postawę komunistów, bo choć na pierwszy rzut oka mogą wyglądać podobnie, w rzeczywistości wynikały z zupełnie różnych motywacji.

 

Jeżeli chodzi o lewicę niepodległościową, zwłaszcza środowiska związane z Polską Partią Socjalistyczną, sprawa jest stosunkowo prosta. Piłsudski z tego środowiska wyrósł – to była jego biografia polityczna, jego język, jego sposób myślenia o państwie jako projekcie społecznym, a nie wyłącznie narodowym. Dla wielu socjalistów pozostawał kimś „swoim”, nawet jeśli różnili się z nim w konkretnych kwestiach ustrojowych.

 

Istotne było także to, jak lewica postrzegała obóz rządzący. Rząd centroprawicy Wincentego Witosa był obciążony pamięcią wydarzeń z 1923 roku, kiedy podczas starć robotników z wojskiem i policją padli zabici. W ówczesnej propagandzie utrwaliło się określenie „krwawy Witos” – mówiące o jego politycznej odpowiedzialności za użycie siły wobec protestujących. To budowało obraz rządu jako władzy gotowej sięgać po przemoc wobec własnych obywateli, gotowej anulować zdobycze socjalne ludzi pracy.

 

W tym kontekście Piłsudski jawił się jako ktoś, kto może ten układ przełamać. Nie jako rewolucjonista, lecz jako czynnik zmiany – ktoś, kto jest w stanie „rozbić” zastany system i otworzyć przestrzeń dla innej polityki.

 

Natomiast postawa komunistów była całkowicie odmienna i bardziej instrumentalna. Trzeba pamiętać, że komuniści w Polsce działali jako część ruchu podporządkowanego Moskwie, Kominternowi, a państwo polskie traktowali jako twór burżuazyjny, który w dłuższej perspektywie należało obalić.

 

Ich poparcie dla Piłsudskiego nie wynikało więc z sympatii, lecz z kalkulacji. Liczyli na eskalację konfliktu – na scenariusz, w którym starcie między obozem rządowym a piłsudczykami osłabi państwo, zradykalizuje społeczeństwo i stworzy warunki do rewolucji na własnych warunkach, na wzór wydarzeń rosyjskich z 1917 roku.

 

Można więc powiedzieć, że socjaliści widzieli w Piłsudskim szansę na zmianę systemu, natomiast komuniści – narzędzie jego destabilizacji. I to dobrze pokazuje, jak jedno wydarzenie może być równocześnie nośnikiem nadziei i projektem destrukcji, zależnie od tego, kto na nie patrzy i z jakiej perspektywy.

 

PAP: Czy możemy dziś z tamtych wydarzeń wyciągnąć jakąś naukę, jakieś wnioski?

 

A.Ch.: Najważniejszy wniosek jest ten, że państwa bardzo rzadko rozpadają się nagle, w jednym dramatycznym akcie. Znacznie częściej mamy do czynienia z procesem stopniowego rozszczelnienia – takim, który długo bywa niedostrzegalny, bo każdy jego etap z osobna wydaje się jeszcze „do przyjęcia”.

 

Najpierw zmienia się język debaty publicznej. Staje się ostrzejszy, bardziej emocjonalny, mniej precyzyjny, a bardziej wartościujący. Przeciwnik polityczny przestaje być partnerem sporu, z którym można się nie zgadzać, a zaczyna być przedstawiany jako zagrożenie – ktoś, kto działa nie tylko błędnie, ale wręcz przeciwko państwu. W latach 20. widzimy to bardzo wyraźnie: określenia w rodzaju „krwawy Witos”, oskarżenia o zdradę, o niszczenie państwa – to nie był margines, to był język głównego nurtu polityki.

 

Kolejnym etapem jest erozja zaufania – zarówno do instytucji, jak i do procedur. Przestajemy wierzyć, że mechanizmy państwa działają uczciwie i bezstronnie. Każda decyzja zaczyna być interpretowana jako działanie „przeciwko nam”. W takim klimacie nawet pojedyncze zdarzenia – jak choćby konfiskata gazety z odpowiedzią Piłsudskiego – urastają do rangi symbolu i wzmacniają przekonanie, że reguły gry przestały być wspólne.

 

I wreszcie pojawia się moment najgroźniejszy: przekonanie, że skoro instytucje zawodzą, to można – a nawet należy – sięgnąć po środki nadzwyczajne. Że prawo i procedury nie są już gwarancją ładu, lecz przeszkodą, którą trzeba ominąć „dla dobra państwa”. To jest charakterystyczne dla maja 1926 roku: działanie poza systemem było uzasadniane właśnie troską o jego naprawę.

 

Wtedy wystarczy jeden impuls – decyzja podjęta w określonym momencie, w wypadku Piłsudskiego też pod wpływem emocji, poczucia presji czy zamknięcia innych dróg – by przekroczyć granicę, po której powrót do wcześniejszych reguł staje się niezwykle trudny.

 

Nie twierdzę oczywiście, że współczesność jest prostą kopią tamtych wydarzeń. Kontekst instytucjonalny, międzynarodowy, skala państwa – wszystko jest inne. Ale pewne mechanizmy społeczne okazują się zadziwiająco trwałe: polaryzacja, radykalizacja języka, narastająca nieufność, a wreszcie pokusa „skrócenia drogi”.

 

Dlatego maj 1926 roku warto czytać nie jako zamknięty rozdział historii, lecz jako pewnego rodzaju studium procesu – pokazujące, jak państwo może pozostać formalnie stabilne, a jednocześnie wewnętrznie kruszeć. I jak cienka bywa granica między ostrym sporem politycznym a sytuacją, w której ktoś uznaje, że reguły już nie obowiązują.

 

Rozmawiała Mira Suchodolska

 

Prof. Andrzej Chwalba - związany z Uniwersytetem Jagiellońskim, historyk i badacz epoki Józefa Piłsudskiego. Autor prac o Legionach Polskich oraz wydanej niedawno monografii „Maj 1926. Zamach, którego miało nie być” (wyd. Czarne), w których rzuca nowe światło na postać Marszałka i kulisy narodzin II Rzeczypospolitej. (PAP)

 

mir/ miś/

(PAP)
Dalszy ciąg materiału pod wideo ↓

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
Nie przegap żadnego newsa, zaobserwuj nas na
GOOGLE NEWS
facebookFacebook
twitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze

komentarze (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz


Dodaj komentarz

🙂🤣😐🙄😮🙁😥😭
😠😡🤠👍👎❤️🔥💩 Zamknij

Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu myszkow365.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz

OSTATNIE KOMENTARZE

0%