- Miles spytał mnie kiedyś: nie nudzi cię granie muzyki, która brzmi jak muzyka? - wspominał w rozmowie z PAP z 2013 r. saksofonista Wayne Shorter, członek „drugiego wielkiego kwintetu” Milesa Davisa. Trębaczowi towarzyszyli wówczas także perkusista Tony Williams, pianista Herbie Hancock i kontrabasista Ron Carter. W autobiografii „Miles” trębacz pisał: „zawsze uważałem, że muzyka nie uznaje granic”.
- Miałem jakieś 22 lata, gdy dołączyłem do zespołu Milesa. W 1959 r., gdy przeprowadziłem się do Nowego Jorku by dołączyć do zespołu Chico Hamiltona, ukazała się „Kind of Blue” - powiedział Carter PAP w 2024 r. - Miles to był ktoś. Lider zespołu stulecia. Jego kwintet z Paulem Chambersem, Johnem Coltrane'em, Redem Garlandem i Philly Joe Jonesem... dla mnie to była grupa stulecia - zachwycał się kontrabasista. W nowym zespole trębacza zajął miejsce zwolnione przez Chambersa. Z Davisem nagrał takie albumy. jak „E.S.P.”, „Miles Smiles”, „Filles de Kilimanjaro” czy „Nefertiti”, dziś należące do jazzowego kanonu.
Grupa słynęła z koncertów, podczas których muzycy eksperymentowali i poszerzali granice nowoczesnego jazzu. W zespole Davisa, nawiązując do słów saksofonisty, muzyka miała nie brzmieć po prostu jak muzyka; miała być nieszablonowa. - To było jak praca w laboratorium. Miles był naszym szefem, naczelnym chemikiem, mistrzem. Co wieczór przychodził z różnymi miksturami, pomysłami i sprawdzał, co się wydarzy, gdy je zmieszamy. Nigdy nie wiedział, jak się potoczą, jaki będzie efekt tych eksperymentów. Nie wiedzieliśmy, co zagramy, jak zabrzmi nasza muzyka akurat tego wieczoru. Ale nie wydaje mi się, by którykolwiek z nas miał wtedy świadomość jak wielkie znaczenie, jaki wpływ to, co robimy, będzie miało na muzykę - opowiadał Carter.
To za sprawą wydanej w 1959 r. „Kind of Blue” trębacz zyskał sławę przekraczającą ramy gatunku. Zadecydowały o tym nie tylko umiejętności zespołu, którym dowodził - w składzie znaleźli się John Coltrane, Julian „Cannonball” Adderley, Paul Chambers, Wynton Kelly, Bill Evans i Jimmy Cobb - ale także melodyjność kompozycji, jak „So What”, „All Blues” czy „Blue in Green”. Muzyka wyprowadzała jazz z konwencji bebopu w stronę inspirowaną muzyką poważną, kompozycji o mniej wyraźnych strukturach, pozbawionych gorączkowego tempa. Davisa okrzyknięto muzycznym geniuszem, wielkim artystą, a jego jazz - prawdziwą sztuką.
Trębacz stawał się kimś więcej niż tylko muzykiem jazzowym - stał się ikoną stylu. Zdystansowanego, dystyngowanego i poważnego. Jego muzyka była stonowana i wymuszała uwagę, skupienie. Oglądać go i słuchać przychodziły gwiazdy filmowe. Na scenie grywał odwrócony do publiczności plecami, co jedni uznawali za przejaw arogancji, inni - wyraz niechęci wobec białych fanów. Nie przedstawiał zespołu, nie zapowiadał kolejnych utworów, nie zabawiał publiczności żartami. Davis był milczący i poważny, domagał się szacunku i uwagi.
- Cenił pracę i warsztat. Czerpał dumę z tego, że poświęcił czas i wysiłek, że zdobył wiedzę i doświadczenie. Że uczęszczał do prestiżowej muzycznej szkoły, a potem, już poza jej murami, kształcił się na własną rękę. Że zapanował nad instrumentem i wiedział, co robi. Chodził słuchać Charliego Parkera, ćwiczył w pocie czoła i w końcu mógł stanąć na scenie obok niego - tłumaczy w rozmowie z PAP historyk muzyki, dziennikarz i pisarz Ashley Kahn. Davis porzucił jednak szkołę, by występować u boku Parkera, a w końcu podążyć własną drogą na wydanym w 1949 r. albumie „The Birth of the Cool”. Z protegowanego legendy be-bopu stał się pionierem nowego stylu. Z biegiem lat odchodził od jednego brzmienia na rzecz kolejnego, wytyczał nowe kierunki, poszerzał granice muzyki jazzowej.
To „Kind of Blue” była pierwszym albumem Milesa Davisa, jaki usłyszał Kahn, autor książek „A Love Supreme: The Story of John Coltrane's Signature Album”, „The House That Trane Built: The Story of Impulse Records” i „Kind of Blue: The Making of the Miles Davis Masterpiece”. - Pewnego dnia z wizytą był u nas mój znajomy, wyciągnął ją z kolekcji moich rodziców i oznajmił mi z powagą, że to klasyk. Miałem wtedy jakieś 14 czy 15 lat i miałem swoją własną, punk rock. No, ale to mówił mój kolega, mój rówieśnik. Pomyślałem, że lepiej tego posłucham. I okazało się, że nie był to stary, babciny jazz, żaden dixieland, nawet nie be-bop, tylko coś bardzo nietypowego. Była w tym powaga, którą kojarzyłem z muzyką klasyczną. Domagała się uwagi. Gdy słuchałem tej płyty nie wiedziałem czy Davis łamie jakieś zasady, że zapisuje nową kartę w historii jazzu, że zmienia jego język. Tego dowiedziałem się dopiero w ciągu kolejnych lat, gdy zgłębiałem jego muzykę i biografię, prowadziłem badania na własną rękę. Po tych wszystkich latach i choć napisałem o niej książkę, „Kind of Blue” wciąż brzmi dla mnie świeżo i zaskakująco. I wciąż nie odkryłem wszystkich jej tajemnic.
- Może nie grał z taką prędkością, co Lee Morgan czy Dizzy Gillespie. Ale to, jak myślał o muzyce i swojej grze, oznaczało, że nie zamierzał się ścigać, nie o popisy techniczne mu chodziło i nie o fajerwerki przy solówkach - zauważa Kahn. - Nie był wirtuozem, ale znał swoje mocne strony i wiedział dokąd zmierza. Jego siłą był styl, miał wyraźne, charakterystyczne brzmienie. Wiedział jak otrzymać ten głos używając w latach 50. tłumika, a w 70. pedału wah-wah. Potrafił wykorzystać te narzędzia tak, by wzbogacić swoje środki wyrazu. Ta umiejętność, zdolność wykształcenia i doskonalenia własnego niepowtarzalnego głosu jest znacznie ważniejsza niż techniczna sprawność.
„To album, który przywraca wiarę w muzykę” - pisał legendarny rockowy krytyk Lester Bangs, wówczas dziennikarz magazynu „Rolling Stone”, o wydanym w 1969 r. albumie Davisa „In a Silent Way”. Trębacz nie grał już wówczas akustycznego jazzu. Coraz śmielej sięgał po instrumenty elektryczne - pod wpływem rozwijającej się muzyki rockowej. Jego kolejne prace były rewolucyjne - „Bitches Brew” wprost nawiązywał do muzyki funkowej i rocka. W ostatniej fazie swej twórczości, sięgał nawet po piosenki popowe, interpretując m.in. przeboje „Time After Time” Cyndi Lauper czy „Human Nature” Michaela Jacksona.
Kahn podkreśla, że jedną z najważniejszych cech Davisa jako artysty było nieustannie myślenie o przyszłości, ciągłe poszukiwania i zmiany. - Większość muzyków, którzy cieszą się popularnością, trzyma się tego jednego brzmienia, stylu, który przyniósł im sukces. W końcu stają się jego zakładnikami, do końca swych karier kojarzeni tylko z tym jednym brzmieniem. Miles taki nie był. Chciał, by każdy koncert niósł zaskoczenie, by nie dało się z góry przewidzieć jak zabrzmi muzyka. Chciał, żeby była świeża, żywa. W wywiadach z lat 80. mówił wprost: nie przychodźcie na moje koncerty, jeśli chcecie usłyszeć „Kind of Blue” czy ballady z dawnych albumów. Lepiej włączcie sobie płytę. Przyjdźcie, jeśli chcecie usłyszeć co robię teraz - dodał dziennikarz.
Piotr Jagielski (PAP)
pj/ lm/
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu myszkow365.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz
Rekordowy budżet na 2026 rok. Miasto i Gmina Żarki
8 mln długu jest się czy chwalić.
Bbb
22:46, 2025-12-24
Ostrzeżenie pierwszego stopnia dla miejscowości Myszków
alert typu: ALERT PIERWSZEGO STOPNIA!!! w nocy bedzie ciemno
mefiu
22:25, 2025-05-02
Barbara Nowacka: pielęgnowanie pamięci o Holokauście je
katastrofa
katastrofa
00:10, 2025-01-28
Paweł Bacior – Młodzieżowy Radny, który działa lokalnie
Fantastycznie działasz, mocno wierzę, że zajdziesz daleko, bo takich ludzi jak Ty bardzo potrzeba w regionie. Powodzenia młody człowieku :)
Jagoda
15:34, 2024-11-25